W zakładce tej umieściliśmy zdjęcia jak i pozostałe, nie uwidocznione gdzie indziej materiały. Na bieżąco i w miarę możliwości dodajemy do tych zdjęć opisy. W przypadku nieotrzymania brakujących komentarzy zdjęcia uznane za niewiele wnoszące do tego projektu będą usuwane. Prosimy o zgłaszanie uwag.
- Położenie zdjęcia określamy licząc po kolei z lewej strony w prawo i w dół - po każdym tekscie. Jest to na razie jedyny sposób "ponumerowania" zdjęć.
Zdjęcia i migawki
Skałki, Tatry, jaskinie - tutaj do około 1970;
raczej tematycznie, mniej chronologicznie...
W momencie powstania naszego Klubu pionowe studnie w jaskiniach pokonywano przy pomocy drabinek. Później pojawił się sposób wychodzenia po linie za pomocą węzłów "Prusika" (zdjęcie powyżej). Ilość transportowanego sprzętu uległa zmniejszeniu. Przyrządy zaciskowe, nazywane w skrócie "małpami", to późniejszy krok w historii rozwoju sprzętu.
Opanowanie niezbędnych technik, służących do pokonywania naturalnych przeszkód i trudności występujących w jaskiniach, ćwiczono w pobliskich skałkach jurajskich. Były to zjazdy i wychodzenie na linie, wspinaczka skalna i ubezpieczanie osób w tych czynnościach. Andrzej Galant ubezpiecza wspinającego się - zdjęcie z końca lat 1960.
Fascynacja najbliższymi nam, wielkimi górami, Tatrami, często była powodem zainteresowania się wspinaniem lub grotołażeniem. W Tatrach znajdują się również największe w Polsce jaskinie. Na zdjęciu na Hali Gąsienicowej od lewej: Andrzej Galant, Krystyna Śmiechowska-Gibińska, Krzysztof Tomaszewski, Lidia Świątek-Tomaszewska
Wypady w Tatry mogły mieć i miały różnorodny charakter. Na zdjęciu powyżej Stanisław Hławiczka ćwiczył posługiwanie się czekanem w zimie. Po prawej Marek Molin próbuje swych sił na nartach. Dziś powiedzielibyśmy "tourowych".
Położenie w pobliżu kopalń węgla ułatwiało zaopatrywanie się w sprzęt stosowany w górnictwie. Kask był przystosowany do umocowania górniczej czołówki. Kask taki, przy zbyt ciasnych zaciskach, zdejmowano z głowy.
Stanisław Makarski z oryginalnym górniczym akumulatorem. Z racji wielkości stosowaliśmy płaskie baterie, mocowane z tyłu kasku. Kombinezon roboczy był w 100% przemakalny.
Wszelkiego rodzaju treningi miały miejsce, w zależności od potrzeb i okoliczności, w różnych porach roku.
Witold Szywała z zawiązanym węzłem Prusika. Powszechnie używana nazwa pochodzi od nazwiska jego "wynalazcy".
Witek Szywała "prusikuje". Ostatnie 5 zdjęć zrobiono zimą w skałkach w końcu lat 1960.
Baza na Przysłopie Miętusim (1189 m npm) - drewniane schronisko nazywane było przez nas "U Ptosia"
z przestronnym tarasem i rozległym otoczeniem. Również w środku nie brakowało miejsca do "balowania".
Pięknie położone pod Zawiesistą Turnią - wspomina Stanisław Hławiczka.
Narada na tarasie: od lewej NN, Cz. Wrona i A. Nikodem
Na zdjęciach Krzysztof Tomaszewski - z przodu i z "drugiej strony"...
Całkiem wygodną drugą bazą był szałas w dolinie Małej Łąki - pisze dalej Staszek Hławiczka
Szałas w dolinie Małej Łąki zimą.
Od lewej: NN, Andrzej Bober, Wojciech Foryst, tyłem NN
Andrzej Bober
Zdjęcia i migawki cd.
Zdjęcia Marka Molina
Skałki, Tatry, jaskinie - tutaj do około 1970
W drogę
1968 - w Dolinie Planicy
transport bagażu - tamże
Henryk Natkaniec - "Szpok"
tekst...
Jacek Łączny
tekst...
tekst...
Z Cześkiem Stepowanym
Wiktor Żymła - "Herr Cimla"
tekst...
tekst...
tekst...
tekst...
Z Andrzejem Bylicą
Na Jalovcu
Cz. Stepowany i W. Szywała
tekst...
tekst...
H. Natkaniec - Prezes
W Tatrach
1968 - w dolinie Małej Łąki
W Tatrach
Do Śnieżnej...
W jaskini
W jaskini
W jaskini
W jaskini
W jaskini
Witold Szywała
Życie klubowe i towarzyskie
1968 - Alpy Julijskie
Lidia Świątek
Od dawna przymierzałam się do "pisemnego" powspominania naszego wyjazdu w Alpy Julijskie. Nie umiałam się zmobilizować bo: 1- tak się poskładało ze wszystkie moje "drogi wspinaczkowe" robiłam z osobami których juz z nami nie ma (Basia, Krzyś, Szpak) i jest to dla mnie trudne. 2 - daleko mi do talentu pisarskiego np. Wiktora. Skoro jednak zostałam "wywołana do tablicy" to spróbuję powspominać.
Na Mojstrovce (drogą "Bratnica") byłam z Krzysiem i Szpakiem (bez Basi). Opis drogi mieliśmy bardzo "skąpy" - tłumaczony z niemieckiego przez Wiktora? Jacka? Andrzeja Galanta? Wyszliśmy z obozu rano z zamiarem zrobienia drogi w ciągu kilku godzin. W trakcie wspinaczki, Krzysztof i Szpak, prowadzący na zmianę, często próbowali uzgodnić między sobą kierunek dalszej drogi. W końcu zrobiło się na tyle późno, że doszliśmy do wniosku że nie mamy szansy na skończenie drogi przed nocą i musimy zostać na nieplanowany biwak, by następnego dnia zrobić ostatnie 1 lub 2 wyciągi. Pod ścianą, na malutkiej pochyłej płasience, przypięci pętlami do haków przesiedzieliśmy noc. Osoba która siedziała w środku naszej trójki miała za zadanie oklepywać "zewnętrznych", bo noc była bardzo zimna. Co godzinę, cyklicznie zmienialiśmy się miejscami. Tymczasem późnym wieczorem, nasi kochani koledzy, nie doczekawszy się naszego powrotu wyszli w naszą stronę. Widzieliśmy z góry, daleko, "sznurek" zbliżających się światełek. Jak udało się już nawiązać kontakt głosowy, to wykrzyczeliśmy sobie nawzajem, że u nas wszystko dobrze. Wrócimy jutro i niestety nie skorzystamy z proponowanych przez nich smakołyków (wiedzieli że jesteśmy bez jedzenia - ha! ha!). Następnego dnia, wcześnie rano, jak już udało nam się jakoś rozruszać, kontynuowaliśmy drogę starając się uprzedzić słoneczko, żeby było mniej spadających kamieni (w nocy był przymrozek). Okazało się, że do szczytu było jeszcze kilka wyciągów. Koło południa, po skończeniu drogi, schodziliśmy w kierunku przełęczy Vrsić po ogromnym piargu, zbiegając = "zjeżdżając" i wzbijając tumany kurzu. Brudni, zakurzeni i głodni wstąpiliśmy do schroniska na przełęczy, coś tam zjedliśmy (niewiele było), wypiliśmy dużo wina (było) i na lekko miękkich nogach schodziliśmy do obozu. Nie wiem czemu zastała nas kolejna noc?!. Błądząc, (Szpak miał kompas, ale go zgubił), późną nocą dotarliśmy w końcu do naszych namiotów.
Filmiki z drogi na Triglav są piękne ale mnie zostały w pamięci nieco inne obrazki. Miałyśmy z Basią szczęście iść na Triglav bez dzikich tłumów ludzi (same) i mogłyśmy podziwiać wspaniałe widoki. Był to koniec sezonu i część żelastwa ubezpieczającego była zniszczona. W wielu miejscach były wyrwane haki i kawałki metalowych lin zwisały smętnie w dół i trzeba było bardzo uważać a na dodatek był śnieg. Został mi w pamięci piękny widok : obserwowałyśmy jak daleko, na przeciwległym stromym stoku , mama kozica uczyła kozlęta (2) zjeżdżać po śniegu. Najpierw wszystkie 3 stały u góry. Potem kozica "usiadła" na śniegu i na grzbiecie zjechała na dół. Tak kilka razy wybiegała na górę i zjeżdżała a małe stały na górze i obserwowały. Po kolejnym zjeździe długo stała na dole stoku i zachęcała dzieci do zjazdu, ale te nie miały ochoty. Wobec tego ostatni raz wybiegła na górę i kolejno strąciła je (głową) tak, że za chwilę znalazły się na dole. Kozica dojechała do nich i długo "konferowały". Nie wiem czy kontynuowały naukę, bo poszłyśmy dalej. W drodze powrotnej spotkałyśmy dwóch chłopców - żołnierzy na przepustce. Zaimponowali nam tym, że będąc na przepustce poszli w góry. Rozmiałyśmy z nimi głównie na migi oraz Basia z jednym po niemiecku a ja z drugim po angielsku. Obydwie miałyśmy umiejętności językowe minimalne, oni zresztą też.
Marek Molin
Z wyprawy w Alpy Julijskie - poza zdjęciami w albumie - pozostało mi jeszcze w głowie trochę wspomnień.
Wielka przygoda zaczęła się dla mnie już w Budapeszcie, gdzie przyjechaliśmy rano, dzięki czemu mieliśmy cały dzień na zwiedzanie miasta. Z Cześkiem Stepowanym, Witkiem Szywala i Andrzejem Bylicą goniliśmy najpierw od jednej atrakcji do drugiej, mimo że pogoda nie była za dobra. Po południu, jak już się na dobrze rozpadało, zaczęliśmy się rozglądać za jakąś restauracją lub barem … a tu nic tylko „Bor“ (o ile sobie przypominam). No i weszliśmy do takiej miłej spelunki, pośmialiśmy się i jak już wznieśliśmy głośno pierwszy toast na udaną nasza wyprawę, to dołączyła do nas grupka Węgrów z sąsiedniego stolika. Sympatyczni ludzie, od razu pokazali nam na palcach 56 (chodziło o pomoc Polski w roku 1956) i postawili następna karafkę wina. No to my, żeby nie być gorszymi, składaliśmy też resztkę naszych forintów na jeszcze jedna karafę. Bylo bardzo wesolo; pytali cośmy już widzieli, po czym zaproponowali, że nam teraz pokażą Budapeszt jakiego jeszcze nie widzieliśmy. Ja próbowałem wytłumaczyć, że musimy wracać na dworzec, bo ja mam kwit na bagaż dla całej grupy, a oni na to - nie ma sprawy, wszystko będzie dobrze. No i uprowadzili nas taksówką do jakiegoś super lokalu z cygańską muzyką - było fajnie, no i bagaże zdążyliśmy jeszcze odebrać na czas.
Jalovec: wejście “łatwą” drogą przez Jalovcovą Skrbinę a zejście zaśnieżonym stromym żlebem Ozebnik, który pod koniec był zalodzony. Nie pamiętam kto, ale ktoś się poślizgnął i mnie pociągnął w dół… Wylądowaliśmy na hałdzie błotnego żwiru. Moje pompki rozdarte przy kolanie i całe gacie byly wypelnione tym “marasem”. Potem śmiech wszystkich - na szczęście, nic się nikomu nie stało.
Travnik: nasza trasa prowadziła jakimś szlakiem, gdzie były jeszcze ułatwienia wspinaczkowe, niestety drewniane i do tego zmurszałe (chyba jeszcze z pierwszej wojny światowej) - musieliśmy bardzo uważać.
Mangart: tu zaskoczył nas śnieg i zmrok (za długo guzdraliśmy się w śniegu). Pod szczytem zrobiliśmy trawers by zejść na łatwą przełączkę. Już spokojnie oddychamy, pewni że się nam udało, a tu nagle: „ręce do góry“ krzyczy ktoś po chorwacku i słyszymy jak odaretowują. PM-y... To był jugosłowiański „WOP“, nasze migające światła czołówek wzięli za dawanie sygnałów… Trzeba wiedzieć, że były to czasy, kiedy „Ustasza Chorwacka“ była jeszcze aktywna i dlatego wopisci mogli podejrzewac, ze szmuglujemy bomby na zamachy. Po zejściu z Mangarta wylądowaliśmy w takiej fajnej kotlince, gdzie dopisało nam szczęście: mała chałupinka a w niej sympatyczna 80-letnia babcia. Pozwoliła nam przenocować na stryszku, na sianie a rano powitała nas mocnym espresso! Przedtem takiego nie znałem i do dziś pamiętam, jak nas to po mroźnej nocy postawiło na nogi!
Triglav z Andrzejem: po noclegu w schronisku Aljazev zrobiliśmy trawers Triglava przy super pogodzie. W zejściu, jeszcze przed pokonaniem trudniejszych miejsc, postanowiłem usiąść na małej półeczce i rozkoszować się słońcem i widokami. Andrzej schodził dalej a ja mówię - OK, to ja cię dogonię. Niestety, nie zdawałem sobie sprawy, jaki olbrzymi teren piargowy leżał pod ścianami Triglava - prawdziwe góry i doliny… Chyba z kwadrans nawoływaliśmy na siebie… “Ende gut, alles gut - dobre, co się dobrze kończy)!” Już niżej, pod napotkanym wodospadem wzięliśmy wspaniałą kąpiel na nagusa. Pieszo wróciliśmy do namiotów.
Mala Majstrovka. Na Mala Mojstrovkę wspinaliśmy się droga “przez żebro” w tym samym czasie, kiedy obok drogę Kominem robili Jacek z Wiktorem. Mogliśmy więc słyszeć się wzajemnie. W pewnym momencie nasi przepuścili zespół Niemców, którzy niedługo potem zaczęli spuszczać na nich luźne kamienie, krzycząc elegancko: “Vorsicht Stein - Entschuldigung - uawaga, kamień. Przepraszam” na co nasi odpowiadali krótko, ale z “einem ziemlich guten Akzent - z dość dobrym akcentem” - ja, ja!… “ Zdaje się, że niewiele więcej potrafili powiedzieć po niemiecku. Zapamiętałem tę historię, bo po zejściu do schroniska Niemcy postawili nam wszystkim drinka.
1969 - Barazdalas i nieokreślone
1969 - Kaukaz Zachodni
Autor: Stanisław Makarski
Był to piątek, 13 luty 1970
Z Moskwy przyjechali Rosjanie z klubu, który nas zapraszał w Kaukaz. Zrobiliśmy im wycieczkę, w sumie turystyczną, na Halę Gąsienicową. Mieszkaliśmy w Betlejemce. Z naszej strony była Ewa Bobrowska, Andrzej Bober i wczoraj się dowiedziałem, bo już nie pamiętałem, Stasiu Hławiczka i ….
Ja z powodu jakiegoś egzaminu wziąłem na ten wyjazd zwolnienie lekarskie od psychiatry, którym był dr Kalla, chyba brat Kalli z KW (ktoś wcześniej z nim rozmawiał o mojej potrzebie odpoczynku od sesji).
Z Boberkiem i Ewą weszliśmy na Granaty jakąś drogą, w pięknym słońcu, chyba związani, ale raczej bez potrzeby innej asekuracji jak z czekana i bloków.
Następnego dnia, 12 go lutego zaplanowaliśmy wejście na Zawratową Turnię rysą Kordysa
(nominalnie chyba dwójka). Zaczęliśmy o dość wczesnej godzinie. Pod ścianę było dużo
dziurkowania. Wspinanie zimowe po stromym śniegu. Zaczęło wiać bardzo zimnym, mocnym wiatrem, widoczność zrobiła się kiepska. Zrobiliśmy 3, może 4 wyciągi i nie za bardzo wiedzieliśmy (nic nie widząc), gdzie jesteśmy. Uznaliśmy, że najbezpieczniej zjechać drogą wejściową. Zrobiła się noc i było coraz zimniej.
W tym czasie kontaktowali się z nami ratownicy – jak mówi Stasiu H., to był on z
Onyszkiewiczem. Były trzy zjazdy (???), ostatni na pełną długość liny podciągowej, która została w ścianie. Starczyło jej do śniegu nad Zmarzłym Stawem. Potem zjazd na dupach do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Okazało się nie tym żlebem, którym idzie szlak – było bardzo stromo - dobrze, że umiałem hamować czekanem. I wreszcie Czarny Staw. To początek siłowania się z wiatrem i szukania kierunku na Murowaniec. Byliśmy około 6-tej rano – ciekawe ile razy okrążyliśmy staw po omacku.
W Betlejemce rano okazało się, że nie mam czucia w palcach prawej nogi. Od Rosjanki, która
usiłowała mnie rozgrzać nauczyłem się słowa „shjevjelit”palcami, ale ruszanie palcami nie pomogło.
Potem tobogan i tydzień w szpitalu w Zakopanem, gdzie po trzech dniach chcieli amputować duży palec, ale pomogła blokada i dalej była izba na Moniuszki w Gliwicach. Dalej to but puchowy uszyty przez Krzysia Tomaszewskiego, komisja wojskowa ze zmianą kategorii na D.
W czerwcu tegoż roku nocnym pociągiem pojechaliśmy z Boberkiem do Zakopanego, żeby się powspinać w Moku. Przeszliśmy spacerem z Kuźnic na Halę G., dalej Rysą Kordysa na Zawratową Turnię i Zawrat do Pięciu Stawów. W tym samym dniu dotarliśmy do koleby pod Mięguszami. Przechodząc spacerem Rysę Kordysa zastanawialiśmy się, gdzie były trudności w zimie. To było po prostu zimowe załamanie pogody!
Teraz wiem, że 13-ty i piątek to groźna kumulacja, której skutki mocno czuję dzisiaj.
Zagadka dla dzisiejszych zimowych turystów: dlaczego wspinałem się w skórzanych butach
roboczych, a nie kupiłem czegoś w Decatlonie ???
1970 i później: nieco historycznie i politycznie
Skałki, Tatry, jaskinie - tutaj mniej więcej po 1970
W pochodzie 1 majowym, prawdopodobnie 1971, Irena Sałaciak z plecakiem i Wojciech Foryst z plakatem nietoperza.
Zajęcia w skałkach. NN
Zajęcia w skałkach. NN
Marek Zygmański ("Belfegor")
Marek Zygmański
Izabela Plutyńska Zygmańska
Zajęcia w skałkach. NN w Rysie 3 Andrzejów (Podlesice)
Zajęcia w skałkach - jak po lewej
Opatrywanie rany. Od lewej: Piotr Czok, NN, Zbigniew Chłap ("Zuzia"), Marek Zygmański
Od lewej; Mieczysław Wolny, Andrzej Knosala, stoi Wiesław Bober ("Banan"), NN, Andrzej Nowak i Wanda Czok. Z przodu: Janusz Skorek i Irena Gellner
Od lewej: Zbigniew Chłap, tyłem Andrzej Czok, Janusz Pająk, M. Wolny, A. Knosala, W. Bober, Andrzej Nowak, NN. Z przodu W. Czok, po prawej sweter J. Kukuczki
Od lewej: M. Wolny, W. Bober, A. Nowak; NN. Z przodu J. Skorek
Od lewej z tyłu; NN, NN, NN, NN, NN, w okularach Janusz Pająk, poniżej po prawej J. Kukuczka i J. Skorek. Z przodu: Celina Ogrodzińska Kukuczka, I. Gellner, NN
Od lewej: Eugenia Szibel ("Gienia"), Piotr Czok, Irena Sałaciak, Aleksander Fręchowicz, Wanda Czok, Janusz Pająk. Z przodu po lewej: Stanisław i Marta Hławiczka
Od lewej: Jerzy Dworak, Barbara Ślebioda Dworak, Lidia Tomaszewska, Barbara i Paweł Gibińscy. Z tyłu Marta i Stanisław Hławiczka. Na prawo Gienia Szibel, Piotr Czok, Irena Sałaciak, Aleks Fręchowicz i Wanda Czok
Od lewej: NN, Gienia Szibel, Piotr Czok, Irena Sałaciak, Aleksander Fręchowicz, Wanda Czok, Marek Zygmański, Barbara Ślebioda
Sporo z przedstawionych tu zdjęć wykonano z okazji zaślubin Marka Zygmańskiego z Izą. Świętowano również w skałkach. Z przodu Marta i Stanisław Hławiczka, z tyłu Nowożeńcy
Od lewej: NN. Z tyłu A. Czok. Z garnkiem M. Zygmański. Po jego prawej z tyłu Paweł Gibiński. W czapce Wiktor Żymła. Nieco z tyłu Marta i Stanisław Hławiczka. Po prawej Gienia Szibel
Z przodu: Jerzy Dworak, Barbara Ślebioda i Janusz Pająk. Na lewo od niego, nieco z tyłu, Aleksander Fręchowicz. Na lewo w okularach Marek Zygmański, naprzeciw Krzysztof Tomaszewski i Barbara Gibińska. Całkiem z tyłu Anna i Wiktor Żymła
Zajęcia w skałkach: NN
Prusikuje Marek Zygmański. Część wyposażenia stanowiły nierzadko buty wojskowe - widoczne na zdjęciu. Otrzymywali je z przydziału studenci zobowiązani do udziału w zajęciach Studium Wojskowego (4 semestry)
Ćwiczenia i sztuczki różne...
Ćwiczenia i sztuczki różne...
Andrzej Sokalla, Krystyna Galant, Stanisław Hławiczka
"Luca", NN
Marek Zygmański
Gienia Szibel
Gienia Szibel
Andrzej Malata, NN i Gienia Szibel
Gienia Szibel i Andrzej Malata
NN
Jacek Tkocz
Stanisław Gębala wspina się "klasycznie" - lina służy tylko do zabezpieczenia (asekuracji) w przypadku upadku, czyli "lotu"
Jan Rzeszutko wspina się "techniką hakową": używa krótkich drabinek sznurowych, tzw. "ławeczek", wieszając je w hakach
Karol Gawąd (po lewej) i Andrzej Czok obserwują
Karol Gawąd: "Charlie Chan prowadzi śledztwo"
Poprzednie, to i następne zdjęcie wykonano w Górach Sokolich
Karol Gawąd również i na tym zdjęciu
Miejsce nieznane. Od lewej Irena Sałaciak, Staszek Gębala(?), NN, NN
Jerzy Dworak w jakimś "zdobycznym" kasku
Pasy piersiowe szyliśmy sami. Nie wiązaliśmy się w biodrach a uprząż nie była znana lub dostępna. Na zdjęciu Wacław Sonelski ("Waciu")
Karol Gawąd ("Charlie") na Grani Apostołów
"Charlie" należał do szczęśliwych posiadaczy palnika benzynowego "Juwel" z produkcji NRD
Tu rozpalany w jaskini Czarnej: "będzie herbatka". Przygląda się NN i Jerzy Dworak
Izabela Plutyńska Zygmańska na Niżnich Rysach
NN
Janusz Pająk
Po "prusikach" i u nas pojawiły się przyrządy zaciskowe do wychodzenia po linie z polskiej, tzw. chałupniczej produkcji
Z racji wykonywanych przy wychodzeniu ruchów nazywano je powszechnie" małpami". Karol Gawąd "małpuje" w jaskini Czarnej
I zawsze znajdzie czas, by wypalić papierosa. Przede wszystkim zapałki wymagały dobrego zabezpieczenia przed wilgocią
Andrzej Nowak - "Lew zaciskowy". Zdjęcie z lat późniejszych
Od lewej: Marian Piekutowski, Joachim Czok, Tadeusz Gibiński, Piotr Czok, Adam Zyzak, Stanisław Makarski i Andrzej Galant w Rzędkowicach przed latem 1973
Eugenia Szibel (po prawej) na szczycie Pic Coolidge (Alpy Delfinatu) w 1978 w ramach wyjazdu KW Gliwice
Ch. Parma w Jubiläumsschacht w 1981. Zdjęcie z archiwum Krzysztofa Dudzińskiego.
Autor: Jerzy Dworak
Letnia przygoda?
Sierpień 1972, ładna słoneczna pogoda a my się lenimy. Czas mija i przychodzi refleksja. A jednak szkoda dnia - a więc w góry! Jest już południe, czyli szybka, krótka wspinaczka. Zostaję w spodniach typu jins z polskiej produkcji, czyli popularnych "Szarikach" i w krótkim rękawku bawełnianej koszulki. Do tego plecak na linę, parę haków i w drogę. Na Łapińskiego na Szpiglasowy Wierch, bo krótkie podejście. Jestem z Eugeniuszem Jędrysikiem (Hansem). Akurat jego kolej na prowadzenie trzeciego wyciągu. Niedaleko od nas po prawej, jakąś inną drogą, wspina się dwójka "jakiś starych". Jeden z nich z brodą. Hans założył stanowisko - a tu co? Nagle robi się "ciemno". Zaczyna nie tyle padać, co w przeciągu kilku minut walić gradem. Z jasnego przed chwilą słonecznego nieba. Jestem w szczelinie, więc nie trwa długo, gdy znajduję się z moimi trampkami w wodzie. Za chwilę jestem już cały przemoczony, bo woda z gradem wali się prosto na mnie i przepływa po całym moim ciele w dół. Zaczynam szczękać zębami i wołam do góry, że musimy uciekać. Nie mogę nic zrobić, bo prawie wiszę na niewygodnym stanowisku. Hans tak jakby nie rozumiał sytuacji i coś się ociąga. Wygląda na to, że jest mu lepiej i może chce przeczekać. Wreszcie zjeżdża. Dojeżdża do mnie i zakładamy kolejny zjazd. Zaczynam drżeć na całym ciale. "Ledwo żywy" docieram w końcu na piarg. Nareszcie stoję na ziemi i nie przywiązany do liny mogę się swobodnie poruszać! Gieniek wydaje się być w zupełnie dobrej formie. Zespół obok również wycofał się i jest już na dole. Są przebrani w wodoodporne peleryny. Obserwują nas nieco i podchodzą. Brodaty wyciąga z plecaka wielki worek foliowy i naciąga mi go przez głowę. Jestem teraz cały jak w kapsule, odizolowany od "reszty świata". Już się woda po mnie nie leje, zresztą, "oczywiście" kończy się to gradobicie i nagle już nie pada. Potrzebuję chyba z 10 minut, by przestać kłapać szczękami i rozgrzać się własnym ciepłem. Jasne jak słońce, które rzeczywiście znowu się pojawia, jest dla mnie to, że ta obca osoba, nieznany taternik, "uratował mi życie". Dochodzę do siebie, zbieramy się i zaczynamy schodzić na taborisko. Wcześniej oddaję worek i dziękuję nieznajomemu. Jest mi przy tym dosyć głupio. Zrobić taki numer! W schronisku dowiaduję się, że obok nas wspimał się i pomocy udzielił mi niejaki Andrzej Heinrich z partnerem.
Letnia przygoda w słonecznej Italii
Lato 1973. Osiągnęliśmy całą czwórką dno Spluga della Preta i szukamy plakietki pozostawionej tu przed rokiem przez Anglików. Znajdujemy ją w końcu znacznie wyżej, niż myśleliśmy. Nareszcie jest! Penetrujemy więc jeszcze korytarze końcowe, które schodzą dalej w głąb. Czy na pewno jaskinia nie ciągnie się dalej? Każdy z nas wybrał inny kierunek. Po pół godzinie wszyscy wracamy. Czas wracać na powierzchnię. Byle szybko, bo nic tu więcej po nas! Po suchej części jaskini w Galeria Verde osiągamy ponownie ciąg wodny, który będzie nam towarzyszył prawie aż do wyjścia. Jesteśmy na ok. -600 m i stoję pod studnią Torino, ca. 60 m wysokości. Z góry spada wodospad a w jego środku nasza i obca, "zachodnia" lina. Wisi jeszcze obca drabinka. Nie lubię drabinek. Widzieliśmy je raz na kursie i to wszystko. Tu są dalej w użyciu, podczas gdy w Polsce od lat chodzi się tylko z linami. Nasza lina miała wisieć nieco z boku. Paweł zrobił na górze trawers i odpowiednio rzucił ją w dół. Tak zjechaliśmy całą trójką, ale do Adama, który zjeżdżał ostatni, chyba coś nie dotarło. Rozpoczął zjazd, utknął, i w końcu zlikwidował założony przez Pawła odciąg, zjeżdżając w lini spadku wody. Tego już teraz oczywiście nie zmienimy. Poza tym Adam i Paweł są już na górze. Po krótkiej refleksji, decyduję się wychodzić wykorzystując tą obcą linę i wpinam do niej przyrządy zaciskowe. Czesiek jeszcze nie doszedł a ja nie chcę dłużej czekać, bo i ci na górze też na nas czekają. Zostawiam więc Cześkowi naszą wolną linę. Ryzykuję? Może. Ale wiem, że rok temu byli tu Anglicy i wiem jaka jest wytrzymałość lin poliamidowych. Zacząłem wychodzić i po kilku metrach interesowała mnie już tylko droga do góry. Od walącej w kask masy wody huczało w głowie. Przy próbie przesuwania "małp" nie można było jej za bardzo podnieść a i normalne oddychanie było utrudnione. A więc, możliwie dużo metrów do góry w "ochronnej" pozycji a potem, gdy był już kontakt ze ścianą, wahadło na bok, tak aby przez kilka sekund odpocząć od tej walącej się z góry wody i spokojnie pooddychać. Po takim odpoczynku znowu do wodospadu, aby zyskać kolejne kilka(naście) metrów. Okazało się to być dobrym pomysłem, tym niemniej pierwsza rzecz o której myślę po wyjściu do góry , to zrzucić odzienie i wykręcić je z wody. Problemy ma jednak Czesiek, który w międzyczasie zaczął również wychodzić. Trzeba mu pomóc przy wyjściu, więc nie ma na nic innego czasu. Koledzy zorientowali się, że wszedł w drabinkę. Będzie szybciej. Pomagamy mu ciągnąc go za linę i na zmianę nawołujemy a potem zaklinamy by wychodził. Korytarz jest wąski i tylko stojący nad studnią utrzymuje z nim kontakt. Czesiek musi współpracować, bo stojąc w tym wąskim korytarzu nie mamy szans wydobyć obciążonej jego ciężarem i dodatkowo trącej o skałę tej cienkiej i mokrej liny, zwyczajnie ją ciągnąc. Każdy z nas myśli co w tej sytuacji dalej robić. Przerwy w wychodzeniu trwają długo. Ale znowu jest ruch na dole i wraca nadzieja, że jednak wyjdzie o własnych siłach. I tak kilka razy. Wreszcie stojący najbliżej studni dostrzega postać. Jest już blisko! Wciągnięty w głąb korytarza dalej chce jeszcze instynktownie wychodzić do góry, chwytając w powietrzu nieistniejące szczebelki drabinki. Wola życia pokonała energetyczną zapaść organizmu. Wszyscy oddychamy z ulgą bo wiemy, że najgorsze za nami. Po chwili Czesiek dochodzi do siebie. Droga do góry jeszcze długa, ale wyżej położone studnie są już łatwiejsze. Ponadto pojawią się z pomocą koledzy oczekujący nas na powierzchni. Wychodzimy do położonej wyżej i wygodniejszej on naszego ciasnego korytarza salki Bertola gdzie, chcąc nie chcąc, musimy zrobić przerwę i czekać. Adam udaje się samotnie do biwaku w sali Serpemte. Koledzy na powierzchni ruszyli już do nas z odsieczą.
Autor: Karol Gawąd
Nasz prawie wspólny lot
Przyśniła mi się ciotka Ela. Zakonnica, więc od rana nawet do drewnianego kościoła lepiej nie wchodzić, aby cegłówką w łeb nie oberwać. Niestety było to na taborisku w Moku. Nie miałem szans na przyśnienie, przynajmniej do świtu, czegoś pozytywnego. Moudi (jeden z pseudonimów Jerzego Dworaka), pełen ducha bojowego, wezwał do pakowania szpejów, jako że pod Wołową Turnię podejście dalekie i po szlaku turystycznym po ćmoku problemu nie stanowi.
Znalezienie początku drogi na Zachodzie Grońskiego bez problemu, mimo braku tabliczki: „tutaj do góry”. Ale ciotka pokazała swoje, okazało się że przy pakowaniu po ćmoku nie zabrałem młotka. Czyli z powrotem do domu i do śpiwora. Niestety Moudi olał ciotkę, będzie bił haki przelotowe swoim lodowym młotkiem, a ja je będę wybijał pięściakiem jak jakiś jaskiniowiec z epoki kamienia łupanego.
Niestety, troglodyci mieli jakoweś lepsze kamienie, albo twardsze paluchy. W każdym razie, w konkurencji nawet z lodowym młotkiem, przegrywałem z kretesem. Skończyło się to na tym, że po jednym wyciągu z małym kawałkiem Moudi doszedł do upłazku, z którego można się było wycofać do żlebu z Wołowej Szczerbiny. Dalej w dół też było fajnie, między lodem w żlebie i skałą była wytopiona szczelina, którą miło i bezpiecznie można było iść w dół.
Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy. W miejscu, gdzie żleb łączył się z Zachodem Grońskiego, szczelina była nie do przejścia. Trzeba było przekroczyć strome pólko ze zlodowaciałym śniegiem z zimy. Rada w radę, miałem lepsze buty, więc jako pierwszy na drugą stronę i założyć prowizoryczne stanowisko asekuracyjne. Czyli wleźć do szczeliny lodowej po drugiej stronie i się tam zaprzeć. Bo młotek lodowy miał być dodatkowym zabezpieczeniem Moudiego na wypadek poślizgu.
Niestety, nie było tam żadnej szczeliny i żadnego miejsca do zaparcia. Więc mimo ponagleń, zlazłem jeszcze sporo w dół, aby asekuracja Moudiego miała jakikolwiek sens. I JEST! Prawie 30 m poniżej był wbity klincaj. Stara kowalska robota, z mocno przerdzewiałym koluchem. Dobrze wbity, skoro żaden poszukiwacz szpejstwa przez prawie 100 lat go nie wybił i nie zabrał. Wpiąłem się w niego „na koluszkę” podciągu i wołam do Moudiego, że OK i może iść. No i przeszedł może trzy kroki, jak poleciał. Zamiast młotka lodowego mógł też użyć wykałaczki z podobnym skutkiem. Koło mnie przejechał już z prędkością ekspresu, wymachując, bezużytecznym przy tej prędkości, młotkiem lodowym.
Zanim zniknął na końcem tego pólka wybrałem, ile zdążyłem, byle szybko, luz. Nagle szarpnięcie. Gdyby nie ten klincaj, mógłbym z równym powodzeniem próbować zatrzymać szarżującego byka – który ponad 100 km/h biec nie potrafi – ale jest od Moudiego cięższy. No i wiszę na klincaju z głową w dół. Moudi chyba w coś przypierdzielił bo się nie odzywa. No to trzeba ratować swoją dupę. Najpierw odpuścić klucz, zanim udusi i zobaczymy co dalej. Zobaczyłem już po metrze danego luzu. Rozległ się radosny okrzyk Moudiego: „KURWA!!!!”. Skoro luz, więc nie wisi na linie i mogę dać więcej i podejść do klincaja. Wpiąłem podciąg na pętelce osobistej (mam nadzieję że Pónbócek Belfegorowi w tłustych dzieciach wynagrodził tę naukę o pętelce ostatniej szansy) i zjechałem do Moudiego.
Co się okazało: za tym pólkiem była ładnie kilkumetrowa ścianka a pod nią płaska półka wypełniona zimną wodą z topniejącego śniegu. Wybranie luzu okazało się skuteczne. Zamiast walnięcia organizmem w tę półkę – co doprawdy musiało by zaboleć przy tej prędkości – była tylko kąpielą w wodzie +4 stC.
Mimo szoku wywołanego lotem zeszliśmy Zachódem Grońskiego i ścieżką z Rysów na piwo, na werandzie schroniska. Mówię Moudiemu tak: fakt, z tym młotkiem to nie ja winien, tylko ciotka. Ale inni szatani też tam czynili. Więc za to wybranie kilku metrów liny, przed zamknięciem klucza, stawiasz mi piwo, ilekroć sobie tego zażyczę.....
.......
Minęło lat kilkanaście, nasze drogi się rozeszły. Przekiblowałem w Essen 2 tygodnie i okazało się, że jest taniej, jak zostanę trzeci tydzień na następną turę konsultacji z Krupp Koppers. Niby fajnie, 2 x 45 DM w PRL to duża kasa, choć "germańcy" powoli bokiem mi wychodzą. Hola, hola! Przecież tutaj po 1981 grasuje Moudi, może to obiecane piwo postawi? Dworaków w RFN tłum, ale ten z Wuppertal pisze się Jerzy, więc dzwonię. Dobrze mi znajomy głos, z lekkim niemieckim akcentem, ani chybi Moudi. Więc: Moudi, postawisz piwo? A gdzie jesteś? W Essen. A tak konkretnie? Jakiś adres? Dobra, z Wuppertal to niedaleko, za godzinkę lub dwie podjadę...
Nie było to oczywiście jakieś pojedyncze piwo, tylko cała skrzynka...
Mój opis zdarzenia, czyli:
Historia pierwsza o Charliem i młotku
Zawsze te same problemy z tym malkontentem Charliem. Wybrałem Stanisławskiego na płn. Wołowej Turni, ale przekonać go by poszedł ze mną? W końcu się zgodził.
Wyszliśmy o świcie. Dochodzimy pod drogę po długim podejściu i przy rozpakowywaniu sprzętu słyszę nagle: "zapomniałem młotek". A to szczwany lis! Dla świętego spokoju zrobił to całe podejście wiedząc, że i tak bez młotka nie będziemy się wspinać! Ale tym razem się pomylił. Mam dodatkowo młotek lodowy. Po treningach z zakresu hamowania czekanem w zimie zabierałem go czasem na wszelki wypadek, również jako rezerwę. Żeby z góry wyeliminować wszystkie argumenty "na nie", daję Charliemu mój młotek. Sam będę wbijał haki tym zapasowym. Po pierwszym czy drugim wyciągu okazało się, że nie ma to wiele sensu. Młotek jest zbyt lekki. Haki nie wchodzą tak, by mogły być pewnym punktem asekuracyjnym. A więc odwrót. Jestem zły. Schodzę w dół. Jesteśmy dalej związani. Osiągnąłem płat śniegu. Stromo jak diabli. Mamy kontakt i słyszę pytanie: założyć stanowisko? „Jasne, jak możesz“, odpowiadam przytomnie po kilku sekundach namysłu. Trwa to jednakże znowu całą wieczność! Ale jest w końcu meldunek: "znalazłem hak". Nareszcie! Oczywiście, nie będę schodził spod tej Wołowej, jak jakaś Dupa Wołowa. Wiem co to jest płat śniegu, jak się zachować, no i umiem zahamować. Ćwiczyliśmy w zimie hamowanie czekanem i mam przecież ten młotek lodowy w ręce. Jestem jeszcze całą tą sytuacją podminowany. Rozpoczynam zjazd na butach. Skręt w lewo, w prawo i zatrzymuję się. Trochę twardo aie oceniam zjazd jako bezpieczny. Ruszam więc ponownie i przy kolejnym skręcie tracę nagle równowagę. Natychmiast pozycja „hamulcowa“ i ryję tym młotkiem lodowym w śniegu. Nie tylko że nie zwalniam, ale zaczynam przyśpieszać i nabieram coraz większej szybkości! Nie mogę w to uwierzyć. Hamuję jak diabli, dalej żadnego efektu. W końcu obraca mnie na jakiejś nierówności i równocześnie przelatuję obok Karola. W tym momencie mam za sobą już prawie całą długość wyciągu. Zbliżam się do szybkości wolnego spadku. Lecę dalej i nagle odbijam się prawą stroną ciała o grzędę skalną. Wylatuję w powietrze, robię salto w tył i za kilka metrów kolejne uderzenie w kamiemie z prawej. Znów salto. Oczywiście, od momentu jak obróciło mnie na górze, nie kontroluję tego lotu. Szczęśliwie zachowuję jednak tą samą pozycję, bo nachylenie pola śnieżnego wciska mnie na te kamienie. Po raz trzeci walę w tą grzęde i robię kolejne salto. Nagle ucisk w klatce piersiowej i wiszę na linie. Zatrzymałem się i jeszcze nie wierzę, że wszystko się skończyło. Wstaję, jak mogę szybko i jedyne moje myśli kierują się do góry – czy nie pociągnąłem Karola za sobą??? Nic nie byłbym w stanie w tej sytuacji tutaj zrobić. Na szczęście cisza. Nic się nie dzieje. Wołam że żyję. Jestem przytomny i opanowany. Działa andrenalina i pomimo 3 krotnego walnięcia w kamienie przy takiej szybkości "panuję" nad bólem. Trwa chwilę zanim Karol odpowiada. Zbiera się i opuszcza się na linie w dół. Jestem w stanie poruszać rękami i nogami. Jeżeli są jakieś złamania, to nie ograniczają mojego przesuwania się, trudno bowiem moje ruchy nazwać chodem. Rozwiązujemy się dopiero na ścieżce z Rysów. W tempie ślimaków osiągamy schronisko. Chwilę później zagaduje mnie tam Krawczyk („Szmata“). Obserwował podobno całe zdarzenie i nasze zejście. Patrzę w stronę Wołowej Galerii z pytaniem: gdzie skończybyliśmy nasz lot, gdybym pociągnął za sobą Karola? Nie byłoby nas pewnie wśród żywych. Wracamy na taborisko i wczołguję się do śpiwora. Trzeba by udać się do szpitala, na badania. Odczekam jednak do jutra. Na drugi dzień nie mogę ruszyć żadną kończyną. Dalej leżę w śpiworze. Kleję cały zapas "Capsiplastu" na najbardziej obolałe miejsca. W kolejnym dniu zdecydowałem się wyjść z namiotu a następnego na spacer. Rozruszać wszystkie te poobijane mięśnie i kości i ponaciągane ścięgna. Decyduję się na samotną pieszą wycieczkę w kierunku Żabiej Grani. Trochę niespodziewanie dla siebie wychodzę na Żabią Czubę. Jest ładny dzień. Do szpitala już nie pójdę...
Historia druga o Charliem i młotku
Jesteśmy nie tylko członkami AKG, ale również, tak jak większość, członkami Klubu Wysokogórskiego w Gliwicach. Po szkoleniu skałkowym przyszedł czas na egzamin praktyczny ze wspinania. Egzaminatorem okazał się być nie kto inny, jak niejaki Jan Kiełkowski. Będziemy łoić "sufit" w Garażu w Rzędkowicach. No pięknie. A więc ławeczki i haków tyle, ile posiadamy. Prowadzę całą tą drogę dochodząc do środka sufitu. A tu nic. Żadnej szczeliny, żeby cokolwiek wbić. Ale jesteśmy w wapieniu i widzę nagle wielkie wymycie do którego sięgnę. "Charlie - dawaj no twój młotek!" Udaje mi się zaklinować cały młotek razem z drewnianym trzonkiem w wymyciu, wieszam pętelkę, ławeczkę i droga wolna. Pojawia się egzaminator. Jeszcze kilka haków i kończymy drogę. Egzamin zaliczony.
(Autor powyższych tekstów: Jerzy Dworak)
Autor: Karol Gawąd
Tomkowe Igły
Zagadnął mnie jakiś Człowiek, chyba ze Szczecina:
- Potrzebuję partnera na Tomkowe Igły, widzę że się nudzisz
- Fajnie, te Igły te skałki koło Niżnych Rysów?
- Tak, chciałbym poćwiczyć wspinaczkę z dolną asekuracją
- W porządku, skoro to dróżka treningowa, to może będą stare haki i się nie urobię z odzyskiem
Pogoda śliczna, skała sucha, żadnych kłopotów z nawigacją. Droga łatwa, wydeptana jak Krupówki przy Parafialnym - czysta radocha na świeżym powietrzu.
6 wyciąg kończy się (zgodnie z opisem) trawersem na gzymsie. Ślady prowadzą do góry, ale partner jakoś zmarkotniał. Rzeczywiście wyglądało to kiepsko, zacięcie do góry i cienko z chwytami – trzeba iść zapieraczką. No i jakoś to tak wyszło, że nie wycofujemy się ale i też nie zaczynamy myśleć – niewprawnym łojantom to szkodzi. Rzeczywiście, nawet nie było do góry tak źle. Ale nie było ani jednego miejsca że by stanąć i coś wbić. Wreszcie jest: i odpoczynek dla rąk i ładny i solidny hak. Którego nikt, o dziwo nie wybił. Co gorsza z całym pękiem pętelek różnego wieku i autoramentu, ani chybi do zjazdu. Ale przecież to nawet nie VI, powyżej tego haka MUSI coś być. No to wpiąłem karabinek i do góry!
QURWA! – nic nie było. Te kilka metrów było gorsze niż cała dniówka tragarza u mojego Tatusia przy rozładunku ciężarówek – chłodni. Ale w nagrodę aż dwie radochy:
- Facet, który mnie najął do asekuracji, z tego wyciągu spadał jak dojrzała gruszka. Skończyło się na wyciąganiu jak worka kartofli z piwnicy
- No i coś, co się rzadko w Tatrach zdarza: mój kawałek Tatr jeszcze nie zadeptany przez taterników.
(zdjęcie poniżej: Tomkowe Igły)
Łojownicy
Długi zimowy wieczór 1972/73 w Moku. Miejsce centralne zajęła grupa ostrzaków, kwiat późniejszych Rycerzy Himalajów. „Jeszcze nie wiedzą, co im pisane i kto będzie żył” - jak to śpiewał Bułat.
Co mi tam, nie jestem z tej bajki. Podchodzi Andrzej Czok i pyta:
- Jutro na szybciutko Depresję Niżnych Rysów?
- Właśnie się włóczyłem w tamtej okolicy, lód jak cholera
- I o to chodzi, nie trzeba się będzie kopsać w śniegu.
Podeście pod ścianę rzeczywiście biegusiem, Andrzej szlifował formę. Wyjaśnia taktykę:
- Asekuracja tylko z czekana, nie bijemy żadnego haczywa. Szkoda czasu.
- Wkładasz raki i robisz wyciągi w lodzie. Ja zostaję bez raków i robię w skale
- Idziemy na azymut Przełączki, chyba że wyjdzie inaczej
Ten azymut nie był chyba do końca dwójkowy, mimo górnej asekuracji w tyłek nie zmarzłem. Ale fakt, szybciutko poszło – zejście na Bulę i do domciu. A tam cała banda łojowników z zegarkami w ręce mierzy czas od wyjścia. Musiał być niezły, bo zrobiły się z tego zawody: wspinaczka z tlenem, ale na czas.
Ten kawałek trzeba zjechać
Bracia Czokiści, (Andrzej i Potr Czok - Red.) według Książki, poszli sobie na graniówkę od Rysów do Chłopka. Więc w tę pędy, osobisty kawałek zjazdówki, kilka pętelek, sweterek do plecaka i biegusiem na Rysy. Może ich dogonię i pozwolą się doczepić, tak jak na Grani Apostołów.
Niestety, nie udało się – zostałem za sierotkę na szczycie Żabiego Konia. No to trudno, jedna pętelka na straty, trzeba zjechać. Wycieczka na letniaka, więc owinąłem sweterek wokół uda, w klucz i jadę w dół. Niestety, węzeł na swetrze się obluzował po paru metrach i zjazdówka się „skielzła” na gołą skórę. A tu luft jak szlag, wołanie o pomoc na raptem dwudziestometrowym zjeździe to wstyd. No i jak w wierszyku od Belfegora:
Bywa czasem i tak
Że lina dupę złapie
I jakoż teraz iść
Gdy dupa cała kłapie
Autor: Eugeniusz Jędrysik
"Na waleta" na Słowację
Nigdy nie uczestniczyłem w zimowych wyprawach tatrzańskich z uwagi na brak ekwipunku zimowego. Miałem tylko buty wojskowe ze Studium Wojskowego z kiepskim wibramem.
Było to po drugim roku studiów, czyli w 1971, na początku lipca. W ramach szkolenia udaliśmy się pod wodzą Marka Zygmańskiego ("Belfegora") na Słowację. Chyba przez przejście Łysa Polana (albo „na lewo", ale raczej nie). Wiem, że jedną noc spędziliśmy w kolibie pod Kołowym, gdzie rano wygrażali nam "słowaccy gorole", bo był to rezerwat. Potem przedostaliśmy się przechodząc przez przełęcz pod Kołowym Szczytem do schroniska przy Zielonym Stawie w Kieżmarskiej. Tam spaliśmy na werandzie pod daszkiem a następnego dnia kierownik schroniska przywitał na hasłem: „burdel tu mata jako te Angliczane" i kazał nam opuścić to miejsce. Na werandzie był stół przy którym jadło dwóch wspinaczy. Jakoś wydaje mi się, że to nie byli Słowacy. Śpieszyli się na wspinaczkę i zostawili menażki z herbatą.
Okazało się później, że to byli ci, których później znosiliśmy na noszach. Wypadek miał miejsce gdzieś na ścianie Kołowego Szczytu. Jak się zaczął ruch po powiadomieniu o wypadku to Belfegor wpadł na pomysł, aby się dołączyć, motywując to tym, że będzie jakieś podziękowanie w postaci posiłku (czułem się trochę jak „hiena”). Horska służba zaakceptowała naszą pomoc. I rzeczywiście wzięliśmy udział w darmowej kolacji - była „polewka" i piwo „Złoty Bażant" w puszce. Po raz pierwszy piłem wtedy takie piwo.
Uzupełnienie - komentarz
Pamiętam dość dobrze, że po pierwszej nocy na ganku przy Zielonym Stawie w Kieżmarskiej "chatar" pogonił nas i zakazał nam tam spania. Tego samego dnia jednakże przyszła niespodziewanie ta akcja znoszenia taterników po ich odpadnięciu, jak się okazało, z blokiem skalnym ze ściany z Kołowego Szczytu. Pomagaliśmy przy noszach na zmianę z innymi: Marek Zygmański, Gieniek Jędrysik i ja. Karol Gawąd dostał plecak do zniesienia. Obydwaj wspinacze żyli jeszcze na początku transportu i pamiętam, że ratownicy próbowali komunikować się z nimi, np. zdania w stylu "Jeszcze pojedziesz w Himalaje" itp. Mówili do nich oczywiście po Słowacku. Jeden z nich zmarł wkrótce a drugi pod koniec transportu. Ciała ich zostały wniesione do schroniskowej szopy, co mnie wtedy osobiście dotknęło: "dlaczego nie wniesiemy ich i nie położymy gdzieś z boku w schronisku"? Przecież to są ludzie i "tacy ja my - nasi koledzy." - pomyślałem. Wydaje mi się, że po tej akcji pozwolili nam koczować na ganku schroniska, ale nie zostaliśmy już tam długo. Nie oczekiwaliśmy oczywiście żadnego wynagrodzenia, ale jak nas zaprosili? Nie było podstaw, by czuć się jak hiena.
(Autor dopisku: Jerzy Dworak)
Autor: Karol Gawąd
Nasz niezbędnik WHP
Opowiastka króciutka, zapewne coś tam konfabulowała moja mocna uszkodzona pamięć osobista.
10.07.1972, Taborisko w Moku. Do Wezyra przybył Propastny Pawluk (chodzi o Janusza Pająka) – koniec z turystyką, łoimy!
Ziemniaczki i piwo w schronisku, (ach gdzież te lube czasy PRL, gdy ubogiego studenta żyjącego ze stypendium było stać na takie luksusy). Pawluk, z sumiennością przyszłego Naukowca, studiuje "śpiewniki" WHP (chodzi o przewodniki taternickie Witolda Paryskiego). Jest decyzja, złoimy Zachodniego Mnicha, potem zamiast zjazdu do Przełączki za Zadnim Mnichem, graniówka do Wrót Chałubińskiego i zwiedzanie Tatr w rejonie, o którym już nawet najstarsze świstaki zapomniały.
Kolejne stanowisko asekuracyjne wyszło w głupim (nie mówię oczywiście o taternikach adeptach) miejscu. Poniżej nie było nic pewnego do wbicia czegokolwiek. Więc się wpiąłem gdzie było w co i czekam na dalszy rozwój wydarzeń. Pawluk krótki kominek pokonał z łatwością młodego makaka, powyżej było gorzej: tej drogi chyba nikt nie robił od czasów późnego Zaruskiego. Strome trawki i krucho jak szlag.
No i zaczęły się zwykłe tatrzańskie jaja. Pawluk mamrocze coś pod nosem, zanim zrobi parę metrów. Następnie drapie się w miejsce, jedynie dostępne po wprowadzeniu kasków. Nagle mamrocze: „kamień”. W rzeczy samej, tenże strącił kilka następnych i całość uległa koncentracji w żlebiku nad moją głową. Wybrałem prawą stronę i słusznie: kamole poszły lewą. Gdybym ją wybrał byłaby to kaźń jak w wykonaniu Narodu Wybranego, który nie miał na tej pustyni nic bardziej zaawansowanego do uśmiercania swoich bliźnich.
Powtórka: „kamień”. Tym razem wziąłem lewą. I znów słusznie. Walnęły tam, gdzie przed chwilą dzielnie asekurowałem Prowadzącego.
Pełen nadziei na przeżycie, słyszę jak Pawluk znów, ale już głosem wielkim, głosi: ŚPIEWNIK !!!. Aż echo od Żabiego oddało. Co chyba w samo w sobie wywołało gustowną lawinkę kamienną (jap. Ishikawa). Obydwie opcje lewa/prawa zostały już wykorzystane, więc przytuliłem się do podłoża jak się dało na wprost koncentratora lawinek kamiennych. Bingo! Nawet nie drasnęły. Z jednym wyjątkiem: na koniec coś mnie pacnęło w kask. Patrzę, cóż to? – a to utracony "śpiewnik".
Autor: Karol Gawąd
Zajęczy skok na Żabi Kuc
Wacek (Sonelski - Red.) potrzebował partnera na Stanisławskiego na północnej Żabiego Konia, trafiło na mnie. Podchodzimy pod „ścianę”, a tam strome trawki jak na starym szlaku Zaruskiego na Giewont. No, ale ściana to ściana, więc pytam:
- wiążemy się?
- a niby po co, w te trawki nic nie wbijesz, zamiast jednego trupa będą dwa.
No wiec idziemy na żywczyka, im wyżej tym trawki coraz stromsze. Ale fason trzymać trzeba, więc doszliśmy obydwaj żywi pod dwa wyciągi na szczytowej skałce. Ku mojej wielkiej uldze Wacek postanowił pokonać ten kąsek piątki z asekuracją. Wyłoił kluczową przewieszkę i „Żabi Kuc zdobyty”, jak to było w „Kpiarze pod Giewontem”. Na osłodę dostałem przyjemność zrobienia drugiego, i ostatniego, wyciągu. Oberwałem za wbicie przelotowego w połowie wyciągu - „ale wymiękasz”. I w blasku chwały mołojeckiej na piwo do Moka.
1972 - Barazdalas
Zdjęcia są opisane w kolejności, tak jak czytamy - od lewej: Irena Sałaciak, z tyłu Stanisław Gębala, Eugeniusz Jędrysik, Jerzy Dworak i Jerzy Gottwald. Dolina Zadielska - zdjęcie z Wikipedia. Od lewej: E. Jędrysik, J. Dworak, S. Gębala, J. Gottwald, Jausz Pająk. Na 4 zdjęciu: Irena Sałaciak i Andrzej Nowak. Od lewej: NN, J. Gottwald, E. Jędrysik, J. Pająk. Na ostatnim zdjęciu są również Słowacy - od lewej: NN, J. Dworak, J. Gottwald, S. Gębala, J. Pająk, A. Nowak, Nagy, NN, NN, siedzi I. Sałaciak.
1972 - obozy w Małej Łące
Na pierwszym zdjęciu Karol Gawąd jako ochotnik w akcji GOPR podjętej w celu wydobycia zwłok Witolda Szywały na przełomie maja i czerwca 1970. Trzecie zdjęcie wykonano w listopadzie 1972 wewnątrz schroniska "u Ptosia". W ramach zorganizowanego wtedy obozu dokonano m. in. przejścia Ptasiej Studni w składzie: Marek Zygmański, Jerzy Dworak i Andrzej Nowak. Na 4 i 5 zdjęciu Andrzej Nowak, Janusz Pająk i Jerzy Dworak odkopują w grudniu 1972 wejście do jaskini Śnieżnej. Po listopadowym, był to kolejny obóz w 1972 a celem była tym razem jaskinia Śnieżna. Natrafiono tam na wyprawę krakowsko-częstochowską z którą uzgodniono zasady wejść. Po odkopaniu otworu jaskini do "salki z kozą" zjeżdża Marian Gacek. Dzień później do zaporęczowanej w międzyczasie do pierwszego biwaku jaskini schodzą: Irena Sałaciak, J. Dworak, A. Nowak, J. Pająk i M. Zygmański. Zwiedzają ciąg Zakopiański i cześć Ciągu Suchego. W Wielkiej Studni chłopcy pomagają nieco Irence w wyjściu. Kolejna grupa dokonuje dzień później retransportu sprzętu z jaskini. Na ostatnim zdjęciu J. Dworak w zejściu po zakończeniu akcji. W czasie tych obozów aktywnych było znacznie więcej uczestników w innych jaskiniach. Sprawozdania i szczegóły w Dokumentach.
Autor: Jerzy Dworak
Spluga della Preta 1973
Po dziesięcioleciach, które upłynęły od naszej wyprawy, ciekawe jest porównanie ówczesnych, czasów z obecną rzeczywistością. Pod poniżej podanym linkiem do serwisu YouTube znajdziemy bardzo dobry 25 minutowy film rosyjskich grotołazów z Jekaterynburga, dokumentujący ich przejście Spluga della Preta w 2018, na to same stare dno. Daje on nam możliwość zobaczenia tej jaskini oczami współczesnej kamery. Własne wspomnienia przedstawia, nawiązując do do niego, Wiktor Żymła, który wyszukał ten film w internecie. Konfrontujemy świadomie resztki zachowanych w naszej pamięci obrazów z przed 48 lat ze scenami współcześnie zrobionego filmu. W dalszej części znajdziemy jeszcze tekst Stanisława Hławiczki, opisujący swoje doświadczenia, jako członka wyprawy, z innego jej miejsca. Ciekawostką może być nakręcony wtedy spontanicznie przez Czesława Wronę, ówczesną techniką, film - zdjęcia tylko na powierzchni, na taśmie 8 mm i bez dźwięku (mikrofonu). Poza zdygitalizowaniem prowizorycznie przycięto początek cz. I i nie poddano żadnej innej obróbce.
A więc to tak wygladało!
Wiktor Żymła
Jeszcze raz wracam do filmu rosyjskich grotołazów z Jekaterynburga. Jurek, który był na dnie Splugi i na dodatek większa część jaskini zaliczył nawet dwa razy, może powiedzieć, że “gdy się ogląda (ten film) to nawet coś nam się z tej jaskini przypomina”. Ja, nie bardzo licząc na moja pamięć, oglądałem film, już chyba z trzy razy, ale nie tyle po to żeby rozpoznać miejsca, które kiedyś widziałem, ale żeby móc sobie chociaż powiedzieć : aaaha… więc to tak wyglądało!
W filmie, od czasu do czasu, pojawia się informacja o głębokości i godzinie a także animowany plan jaskini z przesuwającą się po nim czerwoną kreską obrazującą przebytą drogę. Aż do Sali Serpente (- 420m, gdzie “stał nasz obóz - biwak») głębokość pokazywana przez Rosjan zgadza sie jako tako z planem z 1973 roku, ale już Sala Bertola, gdzie dołączyliśmy z Markiem Zygmańskim do wychodzącej z dna jaskini naszej zwycięskiej czwórki (Paweł Gibiński, Czesiek Wrona, Adam Nikodem i Jurek Dworak) znajduje się, według Rosjan, na głębokości -520 m a nie -620 m, jak wtedy uważali Włosi. Zresztą, tzw. stare dno (sala Nera), do którego doszli Rosjanie, podobnie jak Nasi, według nowych pomiarów jest na głębokości -777 m a nie na -875 m. Te różnice głębokości według starego i nowego planu jaskini sprawiają, że nie zawsze można jednoznacznie umiejscowić oglądane fragmenty filmu. Oczywiście, kolejność ich pojawiania się trochę ułatwia sprawę, ale nie da się wykluczyć, że dla uatrakcyjnienia filmu jego autorzy poprzesuwali nieco “po głębokości” niektóre jego sekwencje.
Tym niemniej trzeba przyznać, że Rosjanie schodzili w dół jaskini bez porównania szybciej niż my. Zejście do Sali Bertola nad Studnią Torino zajęło im zaledwie sześć godzin a mnie i Markowi blisko dwanaście. Potem jeszcze z rozpędu zjechali kolejno do Studni Torino i Bologna a o godzinie 23:01 (co za precyzja!), tzn. w niecałe osiem godzin od wejścia do jaskini, dotarli na głębokość - 634 m gdzie założyli obóz.
No wlaśnie, ten rosyjski obóz (Campo Base)! To on zrobił na Jurku, na Andrzeju i na mnie największe wrażenie. Prawdziwy obóz... rekreacyjny! Coś takiego chyba nikomu z nas wtedy nawet się nie śniło. Te uśmiechnięte speleolożki z za Uralu (Iuliia, Ekaterina i Lika) przygotowujące ciepłą zupę dzielnym chłopcom powracającym z dna jaskini. Inne czasy, inne obyczaje, inny sprzęt - tylko jaskinia ta sama.
Ale dla Jurka i jego trzech towarzyszy (Pawła, Adama i Cześka) wychodzących z dna jaskini los nie był tak łaskawy. Po przejściu pod prąd lodowatego wodospadu w Studni Torino i dziesięciu godzinach oczekiwania w Sali Bertola zamiast uśmiechniętych koleżanek oferujących im ciepłe polarowe “piżamki”, suche skarpetki i gorącą zupę, zobaczyli mokrą brodę Belfegora i mnie, nie wiem czy uśmiechniętego, po co dopiero zażytej kąpieli w równie lodowatej i trudnej do ominięcia wodzie w studniach Chiodo i Gonella. Jak wspomina później Czesiek, było wtedy koło południa (24 lipca 1973). Dla mnie i Marka mijała dopiero dwunasta godzina od wejścia do jaskini, ale zwycięska czwórka działała pod ziemią już od ponad trzech dni. Tymczasem do naszego “Campo Base” w Sali Serpente, gdzie z dołu dotarł już wcześniej Adam a z góry Krzysiek Tomaszewski i Staszek Makarski, zostało jeszcze około 100 - 150 m w pionie, w tym dwie mokre studnie: Chiodo i Gonella. Zdawać by się mogło, że to niedaleko, ale ze sprawozdania Tadeusza wynika, że znaleźliśmy się tam wszyscy dopiero koło północy, tzn. po kolejnych dwunastu godzinach. Nasz biwak w sali Serpente to jeden z dwóch(!) obrazków wnętrza jaskini i kilku innych “pamiątek” (bardziej emocjonalnych niż “wizualnych”) jakie zostały mi jeszcze w głowie. Na dnie tej dużej i stosunkowo wysokiej skalnej komory, jaką jest Sala Serpente, może na środku, a w każdym razie na jej w miarę płaskiej części, ujrzałem górkę utworzoną przez leżących pokotem, prawie jeden na drugim, towarzyszy naszej niezakończonej jeszcze przygody. Nie jestem pewien, czy każdemu z nich udało się zdobyć pod siebie choć trochę materaca lub innej “podściółki”. Dla mnie i Marka, jako że przybyliśmy tam ostatni, już nic “miękkiego” nie wystawało spod kupki. Siłą próbowaliśmy wcisnąć się gdzieś między śpiwory lub choćby przytulić bokiem do tej wilgotnej góry, która jakby trochę parowała i wydawała się nieco cieplejsza od naszych przemoczonych do ostatniej nitki ubrań (tzn. drelichowych kombinezonów a pod nimi wełnianych swetrów i bawełnianej “bielizny”, która od dawna nie była już biała). Pisząc “cieplejszej”, mam na myśli to, że od wnętrza każdego śpiwora grzały ją pewnie myśli i nadzieja, że najgorsze mamy już za sobą a na górę, do słońca, jest coraz bliżej. Poźniej okaże sie, że wyjście z jaskini zajmie nam jeszcze kolejne półtora dnia. Po drodze pomagać nam będą Staszek Hławiczka, Tadek Rojek i Włosi rozstawieni nad każdą z trzech najgłębszych studni, które wciąż jeszcze były przed, a raczej nad nami.
Ale zanim dotrzemy do dna pierwszej z nich, Studni SUCAI, głębokiej na 88 metrów, trzeba nam będzie przecisnąć się i przeczołgać raz jeszcze przez system wąskich i krętych korytarzy, szczelin i zacisków, których przejście, zwłaszcza w drodze na dół, z detalami zapamiętał i opisał Czesiek. To, co widać na filmie, tylko w niewielkim stopniu pokazuje prawdziwe trudności tego poziomego odcinka jaskini, które, jedna za drugą, zatrzymywały kolejne wyprawy z przełomu lat 50/60-dziesiątych. Większość z nich była zorganizowana i kierowana przez Mario Cargnela z klubu Sokoły (Gruppo Escursionisti Scaligeri “Falchi”) z Werony. Decydującą rolę w pokonaniu tych trudności odegrał jego syn, Lorenzo Cargnel, który łamiąc zagradzający drogę stalagmit jako pierwszy dotarł do nazywanej później od jego nazwiska, Sali Cargnel. Znajduje się ona na samym początku tej prawdziwej “drogi krzyżowej”, jaką jest przejście od dna studni SUCAI (-360m) do Sali Serpente (-420m). Lorenzo miał wtedy (1958) dopiero 15 lat i trzeba było jeszcze kolejnych pięciu lat i kilku wypraw aby młody Cargnel (i tym razem on - chudzina!) przedarł się wreszcie (w 1962 roku) przez stawiającą największy opór “straszną szczelinę” (la terribile fessura) o długości 86 m, która znajduje się na drugim końcu “drogi krzyżowej”. Po jej pokonaniu z innym dwudziestolatkiem, niejakim Marietto Gherbaz z Triestu, przez studnie Fratsuno dotarli oni do sali Serpente a potem jeszcze zjechali do studni Chiodo. Stamtąd, niestety, musieli wracać, bo na dalszą drogę zabrakło im drabinek. Niemniej jednak droga na dno Splugi została wtedy otwarta. Dokończyła ją, latem następnego roku, 9-osobowa ekipa młodych grotołazów z Torino, Bolonii, Faenzy i Modano sprzątając sprzed nosa Sokołom z Werony sukces, na który pracowali od 35 lat, to znaczy od czasu, kiedy pierwsi eksploratorzy Splugi: Luigi di Batissti i Gianni Cabianca dotarli na dno trzeciej studni (nazwanej studnią SUCAI). De Battisti i Cabianca byli członkami akademickiej sekcji grotołazów Włoskiego Klubu Wysokogórskiego w Weronie (SUCAI - Sezione Universitaria del Club Alpino Italiano czyli czegoś w rodzaju naszego Akademickiego Klubu Grotołazów).
Jako ciekawostkę dodam na koniec, że sam Lorenzo Cargnel zszedł na dno Splugi dopiero w roku 1967 w towarzystwie Ugo Stockera, grotołaza z Monfalcone, który w 1973 roku dołączył do naszej Spedizzione Italo-Polacca i na dwa dni przed wejściem do jaskini naszej szturmowej czwórki próbował w towarzystwie 3 włoskich kolegów zejść, po raz drugi, na dno Splugi. Niestety, tym razem mu się nie udało; doszli tylko do studni Torino. O tym, ile ich to “kosztowało zdrowia”, pisze w materiałach “Spedizzione Italo-Polacca alla Spluga della Preta” (zielona broszura wydana przez Luigi Castelaniego) Roberto Fabretti - jeden z czwórki uczestników tej próby. Kilka dni temu znalazłem w Internecie informacje “Ugo Stocker non è più tra di noi” - co znaczy: Ugo Stockera nie ma już z nami. Zmarł w wigilię Bożego Narodzenia 2013 roku na zawał serca w domu w Monfalcone, niedaleko Triestu.
20.11.2020
Spluga della preta 1973, film 8 mm, co nieco z części I
Inhalte von Vimeo werden aufgrund deiner aktuellen Cookie-Einstellungen nicht angezeigt. Klicke auf “Zustimmen & anzeigen”, um zuzustimmen, dass die erforderlichen Daten an Vimeo weitergeleitet werden, und den Inhalt anzusehen. Mehr dazu erfährst du in unserer Datenschutz. Du kannst deine Zustimmung jederzeit widerrufen. Gehe dazu einfach in deine eigenen Cookie-Einstellungen.
Spluga della preta 1973, film 8 mm, cz. 2 - coming soon
Inhalte von Vimeo werden aufgrund deiner aktuellen Cookie-Einstellungen nicht angezeigt. Klicke auf “Zustimmen & anzeigen”, um zuzustimmen, dass die erforderlichen Daten an Vimeo weitergeleitet werden, und den Inhalt anzusehen. Mehr dazu erfährst du in unserer Datenschutz. Du kannst deine Zustimmung jederzeit widerrufen. Gehe dazu einfach in deine eigenen Cookie-Einstellungen.
3 - Spluga della Preta
Do Werony i dalej pod jaskinię dojeżdżaliśmy grupkami, w miarę jak wydawano nam paszporty. Przede mną na miejscu był już Tadeusz. Widok zainstalowanej "windy" w pierwszej studni zaskoczył mnie całkowicie. Nikt z nas się tego nie spodziewał. Przejście w stylu "sportowym" wzięło w łeb, ale za to będzie wygoda. Później doświadczyliśmy, że w całej jaskini Włosi zdążyli powiesić, lub wieszali jeszcze, drabinki. W Polsce nie używało się ich już od lat. Oczywiście, nic tu już nie mogliśmy zmienić. Nasze liny wieszaliśmy obok. Żona kierownika całego przedsięwzięcia, Luigi Castelaniego, zmarła w jaskini przed laty. Stąd zbudowana w pobliżu w latach 1960 kaplica, poświęcona pamięci zmarłych w różnych akcjach grotołazów. Osiągnięcie dna przez naszą ekspedycję miało znaczenie emocjonalne dla Luigi i z pewnością i dla części Włochów. Miało być również uczczeniem pamięci zmarłej małżonki Luigiego.
Generalnie byliśmy bardzo gościnnie przyjęci. Rok przed nami do sali Nera dotarli Anglicy i zostawioną przez ich zespół Plakietkę należało wynieść na górę, jako dowód osiągnięcia dna. Przy namiocie bazowym stała polska i włoska flaga. Na krawędzi otworu wlotowego ustawiono dodatkowo tablice informujące o naszej włosko - polskiej wyprawie. Dwa czarno - białe zdjęcia poniżej pochodzą z filmu 8 mm lub Katalogu Wyprawy a kolorowe są zdygitalizowanymi przeźroczami mojego autorstwa.
Autor: Jerzy Dworak
Spluga della Preta - z innej perspektywy
1973 - Monte Bianco
Plany na Alpy może mieliśmy różne, ale najprostszy, to oczywiście wejść na Mont Blanc. Kto o tym nie marzył? Zebrało się nas w sumie 8 osób. Trzeba było jeszcze jakoś przerzucić te wory z bagażem pod lodowiec. Po nieudanych zabiegach wśród "lokalos" pomógły - wtedy nasz oficjalny wróg - wojska NATO. Amerykanie zatrzymali się na nasz „auto-stop” i podwieźli nas i nasze plecaki.
Pogoda początkowo trochę tak jak w Tatrach - mokro. Ale po kilku dniach ostatecznie ruszyliśmy i dotarliśmy do schronu Gonella. Po noclegu, już w pięknej pogodzie i bardzo dużej operacji słonecznej brodziliśmy, albo raczej błądziliśmy w nieskończonych otchłaniach śnieżnych idąc "na nosa" z celem Vallot. Nagle okazało się, że bliżej nam do szczytu niż do schronu! Bardzo późnym już popołudniem "sprawdzał" nas jeszcze helikopter. Zawitał dwukrotnie, jakby się upewnić, że u nas naprawdę wszystko w porządku i że wiemy co robimy. Byliśmy spóźnieni co najmniej 12 godzin w stosunku do normalnego tam czasu wędrówek. Po zejściu ze szczytu zasnęliśmy jakoś w tym schronie, by po kilku krótkich godzinach zostać zbudzonym przez hordę, która wtargnęła już na te wyżyny po noclegu w Dome Gouter. Każdy z tych 30 osób wszedł w rakach do środka i przespacerował się po stalowej podłodze wokół naszej sypialni, chcąc zwiedzić i ten schron. Schodząc i będąc zgodnie z "naszymi zasadami" ponownie w środku dnia na lodowcu, przy przekraczaniu żlebiku poszła niewielka lawinka, która potrąciła niegroźnie Irenkę. Pogoda pogorszyła się w międzyczasie. Po nareszcie prawie przespanej nocy we własnych namiotach w bazie, niejaki Jerzy Dworak poczuł się nagle tak źle, że z silnymi bólami prawego podbrzusza musiał natychmiast zostać odtransportowany do szpitala! Tym razem nie dzika horda, ale stan mojego zdrowia postawił wszystkich na nogi. Podwieźli mnie pod opieką Irenki i Belfegora sąsiadujący w pobliżu Austriacy, którzy przyjechali pod lodowiec samochodami osobowymi. Przeładunek do karetki pogotowia miał miejsce już na drodze asfaltowej a potem jazda na sygnale do szpitala w Aoście. Prosto „z drogi“ trafiłem na stół operacyjny. Ordynator który wizytował pacjentów po kilku dniach przypomniał sobie: „Aaa - questo brutto appendice!“. Nie tak szybko byłem w stanie wrócić do pozycji wertykalnej. Byłem raczej słaby i spędziłem w szpitalu aż 12 dni. Dopiero po ok. tygodniu byłem w stanie opierając się o łóżko przyjąć na krótko pozycję pionową. Wcześniej nie byłem w stanie się podnieść. Gdy już mogłem się poruszać po budynku, to z zainstalowanego tam automatu wypiłem pierwsze w moim życiu cappuccino. Włoszka która przychodziła do męża leżącego obok mnie, zrobiła mi, na moją prośbę zakupy. Oczywiście za moje pieniądze i kiedy już wolno mi było coś więcej zjeść. W miarę dochodzenia do siebie odezwał się bowiem głód, po ok. 2 tygodni prawie niejedzenia. Po wyjściu ze szpitala na tarasie pobliskiej kawiarni pozwoliłem sobie na luksusową cenowo Coca Colę. W szpitalu pracował polski lekarz, który mnie odwiedził i przebywał jeszcze inny pacjent mówiący po polsku. Ten ostatni pożyczył mi niewielką ilość lirów podając nr. konta do ich zwrotu. Urzędnik na poczcie doszukiwał się pomyłki, bo opłata była niewiele niższa od transferowanej sumy. Utrzymywałem kontakt z polskim konsulatem. Byłem tam potem osobiście – tak sobie właśnie przypominam – bo Konsul znał nazwisko Dworak i pomylił mnie z Andrzejem. Nie pamiętał, że Andrzej Dworak zginął w 1972. Wbrew pierwotnym zamierzeniom zdecydowałem wracać pociągiem przez Wiedeń a nie samolotem. Dałem radę zwiedzić Wenecję a potem przez 10 godz. czekałem na dworcu we Wiedniu na pociąg do Katowic. Wyszedłem tylko raz do pobliskiej cukierni, by kupić ciastka. W górach podobno trzeba mieć – już to gdzieś słyszałem – szczęście. Ale niezależnie od tego, Wielu przyczyniło się do tego, że trafiłem w porę do szpitala i przeżyłem to ostre zapalenie wyrostka robaczkowego. Było tak z pewnością lepiej również dla całej naszej grupy.
W wejściu na Monte Bianco uczestniczyli ponadto: Ewa Bobrowska, Grażyna Jarząb, Ewa Lebiedzka, Irena Sałaciak, Stanisław Hławiczka, Stanisław Makarski i Marek Zygmański. Niektórzy z nich są uwidocznieni na poniższych zdjęciach. Kilka z nich jest autorstwa Stanisława Hławiczki.
Autor: Jerzy Dworak
1973 - Spluga della Preta
1976 - Gouffre Berger i Grotta di Monte Cucco
Po dziesięcioleciach zatarły się wspomnienia. Ale porównania Gouffre Berger z poznaną 3 lata wcześniej Spluga della Preta naciskały się wtedy same i pozostały w pamięci. Spluga della Preta już na samym początku "odstraszała" potężną studnią wlotową, będącą wyzwaniem przede wszystkim dla jej pierwszych eksploratorów. W przeciwieństwie do niej, korytarze przypominały natomiast dalej często "mysie nory", dlatego pokonywanie niektórych poziomych odcinków nie było tam wcale odpoczynkiem, który zwykle jest w takim miejscu oczekiwany. Stawiało to duże wyzwania przede wszystkim przy transporcie sprzętu. Ponadto "nie było szans" przejść całego ciągu wodnego - nawet w wodoodpornych kombinezonach - bez kompletnego przemoczenia się, co przy długotrwałych akcjach kosztuje wiele energii. Pozostaje jednak faktem, że nasze wyposażenie w Spluga della Preta, powinno być pod tym względem lepsze. W Gouffre Berger wszystkie te trudności są bardziej "zrównoważone". Pozostaje ona - pomimo współczesnych odkryć - jaskinią dużą i poważną z racji swej wielkości. Ciąg wodny wymaga pokonywania całych korytarzy w głębokiej wodzie i miejscami tworzy jeziora. Trzeba więc pływać. W 1976 roku używaliśmy w tym celu pontonów. Przejścia korytarzy wymagają oznaczenia drogi, bo można, z racji ich wielkości pobłądzić. Widać to na załączonych, współcześnie wykonanych zdjęciach. Osobistym przeżyciem było dla mnie, ale pewnie również dla wszystkich innych, krótkie spotkanie z legendarnym już wtedy Fernand Petzl. Zobaczyliśmy również główną halę produkcyjną jego rozwijającej się firmy. Niestety, nie wpadł on na pomysł, by wspomóc naszą wyprawę, z biednego, niedewizowego kraju, jakimś sprzętem:). Pomógł natomiast przy załatwieniu pozwolenia na wejście do jaskini. Widać go na środkowym zdjęciu. Tyłem po lewej stoi Janusz Śmiałek a po prawej Marek Marciszewski. Prawe zdjęcie przedstawia studnię wlotową do Gouffre Berger - jakże "niepozorną" w stosunku do studni Battisti w Spługa della Preta!
Jeszcze inny charakter ma natomiast trzecia duża jaskinia, którą dane mi było poznać. Grotta di Monte Cucco to w końcowej części ciąg potężnych studni połączonych niedługimi odcinkami wygodnych korytarzy. Brak czołgania i przepychania się ze sprzętem odczuwałem jako przyjemność. Nie było również potrzeby brać kąpieli w lodowatej wodzie, czy pływać korytarzami, tak jak w pozostałych opisywanych tu jaskiniach. Jednakże poniżej 172 m studni Gitzmo i kolejnej 121 m studni X i 114 m Franco korytarze stają się strome i nieprzyjemne, bo pokryte warstwą błota. Przechodząc tą jaskinię ostatnią dwójką szturmową z Andrzejem Kozikiem mieliśmy wątpliwą przyjemność dokonywać tego po letniej ulewie na powierzchni. Takiej "ślizgawki" nie przeżyłem na żadnym lodowisku. Wywróciłem się kilka razy, mimo niezwykle starannie i wolno dokonywanych kroków. Nabraliśmy "czekoladowego" wyglądu, który uwidocznił się nam wyraźnie po wyjściu na powierzchnię. Wszystko - łącznie z linami i naszymi przyrządami zaciskowymi było oklejone warstwą błota! Psuło to nieco zadowolenie z dokonanego sprawnie przejścia. Byliśmy ostatnią grupą i tylko w dwójkę zeszliśmy w dół do syfonu końcowego i z powrotem, wyciągając liny ze studni, w czasie 24 godz. Wyciągnięte liny pozostały jednak w jaskini, co widzę dziś krytycznie. Zdjęcie po lewej zostało wykonane niedaleko otoru jaskini Grotta di Monte Cucco i przedstawia uczestników naszej ekspedycji. Stoją od lewej: Marek Marciszewski, Mieczysław Kołodziejczyk, Andrzej Górny, Andrzej Ciszewski, Andrzej Dzioba, Janusz Śmiałek, Wiesław Wilk. Siedzą od lewej: Andrzej Kozik, Jerzy Dworak, Andrzej Kokoszka, Kazimierz Szych, leży Jerzy Smela.
Autor: Stanisław Makarski
Chwile z Bronkiem w mojej głowie
Po uzyskaniu smutnej wiadomości o śmierci Bronka przez głowę przeszło mi mnóstwo wspomnień związanych z Bronkiem nie tylko w górach, ale też z Kunickimi w kawałku życia.
Trudno mi operować datami, ale chyba w 69 roku motocykl BMW, typ wojskowy który przeżył drugą wojnę światową padł nam w Łabędach i wylądował w piwnicy na Zakątku Leśnym u Kunickich. Wtedy dość często bywałem tam, ale nie udało się go w prosty sposób reaktywować. Po
miesiącu starań wyciągnęliśmy go z piwnicy i zapchaliśmy do Gliwic. Te częste wizyty spowodowały „zadomowienie się u niezwykle gościnnych Kunickich” . Prawdopodobnie już wtedy u nich na pięterku mieszkali Lidka i Krzysiek.
Bronka w skałkach widziałem pierwszy raz jak przeszedł „małpią ściankę” w Podlesicach w sposób taki, jakby to był poziom, a nie pięćplusowy, techniczny pion. Kompletnie bez wysiłku, kiedy my kursanci pomagaliśmy sobie zębami (po wielu latach, w trakcie wieczornych rozmów w
Dolomitach dowiedziałem się, że w wojsku był mistrzem w akrobatyce sportowej).
Potem był egzamin w skałkach w Bolechowickiej (chyba przed wyjazdem w Kaukaz 69). Kuniccy popatrzyli jak prowadzę, jak asekuruję i zadali mi pytanie z pierwszej pomocy(!!!).
Zdałem!
Wyjazd w Kaukaz był dla nas wszystkich przeżyciem, tam z Bronkami i Staszkiem Hławiczką mieszkaliśmy pod jednym namiotem. Z tych szkolnych kaukaskich wyjść zapamiętałem Bronka spokój i niesamowitą orientację w terenie, nawet we mgle wiedział gdzie iść (może jako człowiek wojskowy miał zainstalowanego w głowie GPS-a???).
Od tego wyjazdu marzyło mi się wspinanie z tak wyważonym, spokojnym partnerem.
Po kilku dobrych latach, bez specjalnego namawiania, udało mi się z Bronkiem na kilka dni wyjechać w Tatry Słowackie na kwalifkowaną turystykę, trochę bez szlaków – siwe już włosy uchroniły nas przed srogim mandatem, żaden z nas nie miał legitymacji KW w trakcie kontroli przez filanców. Dobrze, że pogoda była niezła, bo zapomnieliśmy wziąć namiotu – ale śpiwory zabraliśmy, więc było nam dobrze na trawie.
Po kilku latach(chyba z początkiem 90 tych) Jaś Kiełkowski wydał pierwszy przewodnik po ferratach w Dolomitach. Ja poczytałem – spodobało mi się wspinanie bez całego sprzętu, który się mocno zmienił. Wystarczała długa pętla z której robiliśmy „uprząż” piersiową. Bronkowi też. No i zaczęło się na kilka pięknych i dobrych lat!!!
Bardzo nam się to spodobało. Spaliśmy pod namiotem. Zwykle Bronek studiował rejon i wybierał drogę – po naszym oswojeniu się z tym rodzajem wspinaczki na ogół najtrudniejsze w rejonie. Nie mam wykazu – dzisiaj musiałbym włożyć mnóstwo pracy, żeby sobie przypomnieć, Bronek mi już nie pomoże. Nie chodzi mi zresztą o taką listę, bo dla mnie liczył się klimat wyjazdów z Bronkiem. Były to wyjazdy we wrześniu - od drugiego wyjazdu zaczęliśmy wozić niedługą linę, raki i czekan, bo niespodzianką dla nas była możliwa zmiana warunków z letnich na zimowe. Bardziej od powrotu do starych czasów wspinania ważne było to, że potrafliśmy do siebie nic nie mówić i każdy wiedział co ma robić po powrocie do namiotu, jeden gotował, drugi zmywał. Zawsze po powrocie wypijaliśmy po kubku białego wina. Po posiłku i zmywaniu było czerwone do nocy. Czasami gadaliśmy o wszystkim, ale częściej czytaliśmy do oporu. Dla nas, intensywnie pracujących cały rok, był to prawdziwy odpoczynek.
Bardzo lubiliśmy spać w górach w „ Bivacco” – nie trzeba było płacić za miejsce na obozowisku i można było zaplanować wysiłek.
W roku 1999 pojechaliśmy do Sas Fe i weszliśmy na jakiś czterotysięcznik. Bardzo nam się spodobało, że jeszcze możemy. Na następny czterotysięcznik nie weszliśmy, bo za dużo czasu zajęło nam szukanie drogi i moglibyśmy zakiblować, więc bez długich dyskusji wycofaliśmy się. Po dobrze przespanej nocy doszliśmy do wniosku, że przemieścimy się w dobrze znane Dolomity, co też uczyniliśmy.
To był ostatni rok naszych super wyjazdów na rekreacyjne wspinanie, klimatu tych wyjazdów bardzo mi brakuje.
Teraz niestety zabrakło też Bronka, mojego Instruktora, Przyjaciela, Doradcy w wielu sprawach życiowych i technicznych. Zostali nam Ola i Hania do których można przyjechać bez uprzedzenia i nacieszyć się rozmową na wiele interesujących tematów.
(listopad 2020)